Jestem świrem

blog niecodzienny

Dobre czasy

Bardzo często czytam i słucham opinii ludzi z mojego pokolenia, jak to było fantastycznie w czasach PRL-u. Kojarzy mi się to trochę z hasłem sprzed kilku lat: „Za komuny było lepiej”.

W pewnym sensie zrozumiałe jest, że czasy dzieciństwa zazwyczaj wspomina się dobrze. Pamięć wypiera przykre i złe wspomnienia, a te przyjemne dodatkowo upiększa.

Najlepszą rzeczą z okresu naszego dorastania  jest… właśnie dorastanie.

Wszystko wtedy było nowe i wiele rzeczy robiliśmy pierwszy raz.

Ale czy gdyby dziś przeniesiono nas w lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte czy osiemdziesiąte dwudziestego wieku, byłoby nam rzeczywiście tak dobrze?

Wyobraźmy sobie…

Lądujesz (na przykład) pod koniec kwietnia 1970 roku w mieście X. Jesteś uczniem VIII klasy w Szkole Podstawowej im. Włodzimierza I. Lenina. Od siedmiu lat w czasie roku szkolnego masz wolne tylko raz w tygodniu – w niedzielę.

Jest 7.45. Idziesz do szkoły mając nadzieję, że się nie spóźnisz i zastanawiasz się, czy wystarczająco dużo napisałeś o znaczeniu przywódczej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w rozwoju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tekst trzeba było przygotować na podstawie informacji z „Dziennika Telewizyjnego” i wycinków prasowych z „Trybuny Ludu” i lokalnej prasy. Kupując wczoraj te gazety („Mamo daj 3 złote, potrzebuję do szkoły”) udało Ci się kupić „Świat Młodych” – jakimś cudem został ostatni egzemplarz w kiosku. Pracę domową zadała pani od wychowania obywatelskiego – przedmiotu, z którego ocena wpłynie na twoją średnią na świadectwie. Dziś masz też przysposobienie obronne. Mają być ćwiczenia z zakładania masek przeciw gazowych. Pan „uczący” tego przedmiotu twierdzi, że ta umiejętność jest niezbędna, żeby przeżyć w przypadku inwazji wrogich sił, które – mimo naszej walki o pokój – wciąż są realne. Dziś masz jeszcze język rosyjski. Nie lubisz go z oczywistych powodów, ale pani przekonuje was, że w tym języku, tak samo jak w angielskim, można porozumieć się na całym świecie… Oczywiście, że w to nie wierzysz i wolałbyś uczyć się tego drugiego, ale to kosztuje, a twoich rodziców na to nie stać.

Jedyną osobą z klasy, która chodzi na prywatne lekcje jest Andrzej, ale jego ojciec pracuje za granicą. Mieszkają w dużej willi i mają Opla Recorda. Andrzej zaprasza do siebie tylko jemu podobnych: Marka z VIII C, Romka z siódmej i czasami Agatę ze swojej klasy. Ona ma wujka w RFN-ie i też ubiera się w ciuchy, które inni mogą oglądać tylko na wystawach Pewex’u. Rodzice Agaty też mają samochód i w zeszłym roku byli na wakacjach w Jugosławii. Ty spędziłeś trzy tygodnie na koloniach w małej wsi niedaleko rodzinnego miasta. Dziś jeszcze wf. W trampkach, które masz w worku, już dawno przetarły się podeszwy, bo grasz w nich na asfalcie w piłkę, ale póki co nie ma szans na inne, bo „Ty nie zdajesz sobie sprawy ile to wszystko kosztuje!”. Trudno, może uda się i nie zauważą solidnych dziur. A jeśli wuefista znów wymyśli rozgrzewkę z kopaniem się piętami w tyłek? Może nie.

Mija lekcja za lekcją. Przez większość godzin siedzisz z Jackiem. Nie jest tak bogaty jak Andrzej, ale i tak porównując jego piórnik ze swoim jest ci źle. Komplet pisaków w 12 kolorach, automatyczny ołówek „Koh-i-noor”, cyrkiel „Skala”, długopis i wieczne pióro „Zenith”, pachnąca chińska gumka i kilka innych drobiazgów w kolorowym, zachodnim produkcie nieznanej ci firmy, kontra drewniane pudełko z zasuwaną klapką. Na niej ozdobne (?) wypalone wzory, a w nim drewniany ołówek nr 2, cieniutki, plastikowy długopis, kilkakrotnie napełniane octem pisaki (niebieski i zielony), cyrkiel z blachy, którego w/w ołówek jest niezbędną częścią. Gumka „Myszka”, czarna od wymazywania ołówka, bo lubisz i umiesz rysować.

Między lekcjami przerwy. Najkrótsza trwa pięć minut, najdłuższa dwadzieścia. Długość przerw jest jednak czysto teoretyczna, bo choć dzwonek odzywa się punktualnie, to nauczyciele wyznają zasadę: „Przerwa jest dla mnie a nie dla was!”. I kontynuują rozpoczętą myśl po rozpoczęciu pauzy. Czasem więc zdążysz tylko przejść z sali do sali i rozpoczyna się kolejna godzina lekcyjna. Ta dwudziestominutowa jest jednak na tyle długa, że zdążysz zjeść drugie śniadanie, jeśli oczywiście je masz. Dziś dwie kanapki, ale idziesz je zjeść gdzieś poza boisko. Chleb jest z salcesonem, a pytanie „z czym masz” jest nagminne… „Szynka z murzynka?! Ha, ha, ha! „ – od tego czasu raczej nie afiszujesz się ze swoim posiłkiem.

Wreszcie koniec. Kolejny dzień w szkole (której nie lubisz) za Tobą.

Wracasz do domu sam. Kilka osób z klasy szło do sklepu. Może kupili sobie drażetki owocowe, ryż preparowany albo oranżadę „landrynówkę”. Proponowali Ci, ale powiedziałeś, że musisz być szybko w domu. Wiedziałeś, że nie masz tam po co iść, bo nie masz nawet kilku groszy. Miałeś nadzieję, że oni uwierzyli w twoją wymówkę, choć Jacek powiedział: „Ty zawsze się spieszysz!”. Nieważne.

Otwierasz drzwi kluczem, który przez cały dzień wisiał na szyi. W domu nikogo nie ma. Rodzeństwo chyba kończy dziś później. Rodzice przyjdą dopiero wieczorem. Oboje pracują na dwóch etatach, a pomimo tego w domu wciąż nie ma pieniędzy. Kartka na stole w kuchni informuje, że dziś na obiad zupa i że stoi na kuchence. Krzywisz się, bo nie lubisz zup. Podnosisz pokrywkę i w zastygłej od tłuszczu skorupie widzisz fragment kości jakiegoś zwierzaka…

Jesteś głodny, więc zapalasz palnik pod garnkiem i wtedy zauważasz kolejną kartkę włożoną za zamek w drzwiach wyjściowych: „Trzeba kupić chleb, masło roślinne, ziemniaki, 0,5kg twarogu chudego, mąkę i pięć jajek. Pieniądze w szufladzie.” Charakterystyczne zawijasy mamy nie wymagają podpisu. Więc jutro na obiad będą chyba naleśniki z serem! Taka dedukcja na chwilę poprawia Ci humor. Wyłączasz gaz, bierzesz pieniądze ze wskazanego miejsca i idziesz do sklepu na dół. Oprócz produktów z listy, kupujesz jeszcze mleko w butelce i bułkę. Taki zestaw jest zdecydowanie lepszy na obiad niż to co stoi na kuchence. Wracasz z zakupami i wkrótce po tobie pojawia się w domu brat i dwie siostry. Jedzą zupę, a ty po krótkich negocjacjach ustalasz, że jakby co, to ty też jadłeś.

Dziś środa, więc w telewizji nic nie ma. Z poniedziałkowego „Zwierzyńca” dawno już wyrosłeś, a „Ekran z bratkiem” dopiero jutro. I tak nie miałbyś czasu, żeby coś zobaczyć, bo dużo zadane i jeszcze jutro sprawdzian z chemii. Razem z siostrami siadasz przy stole w kuchni i próbujesz odrobić lekcje. Nie jest to proste bo te gadają o „ważnych wydarzeniach” dnia. Jedyny pokój „okupuje” starszy o kilka lat brat. Korzystając z nieobecności rodziców zaprosił do siebie kolegę i rozmawiają o dziewczynie mieszkającej dwie klatki schodowe obok. Breakout’ow z płyty słychać aż w kuchni. Puścili ich tak głośno, żeby nie było słychać o czym rozmawiają. Około 19-tej udało ci się skończyć lekcje, nie licząc nauki do sprawdzianu. Z chemii jesteś w miarę dobry, ale każda ocena poniżej 4+ jest przez rodziców odbierana jako twoja totalna porażka, więc… trzeba powtórzyć. Wreszcie brat z kolegą wychodzą. Niedługo potem wraca ojciec, po nim matka. Zanim wchodzi do mieszkania, patrzysz na nią jak idzie przez podwórko. Powoli, noga za nogą, ale nie jak ktoś spacerujący, komu się nigdzie nie śpieszy. Idzie tak, jakby nie miała już siły i te ostanie kilkadziesiąt metrów było dystansem nie do pokonania. Pochylona głowa, wzrok wbity w bruk tuż przed jej stopami. Wreszcie otwierają się drzwi i z grymasem, który w założeniu miał być chyba uśmiechem, zdejmuje prochowiec i buty. Wchodzi do kuchni i patrzy niewidzącym wzrokiem na ciebie i pozostałe swoje dzieci i pyta: „Jak tam dzisiaj w szkole?” A ty wiesz, że wcale nie oczekuje odpowiedzi.

– Podgrzać wam zupę? – pytasz więc, choć ty też nie czekasz na odpowiedź, bo ją po prostu znasz. Mama krzywi się (uśmiecha) po raz drugi, a ty wyciągasz z szafki dwa czyste talerze. Czekając, aż obiad będzie w odpowiedniej temperaturze, stajesz przy zlewie i myjesz zalegające w nim brudne naczynia, aby po raz kolejny nie usłyszeć: ”Nawet naczyń nie chciało się wam umyć?”

– Ja naleję – mówi ojciec wchodząc do kuchni. Stawia parujące talerze na ceracie w kratę, a ty i siostry wychodzicie do pokoju, bo pewnie rodzice chcą pogadać. W pokoju, który jest pokojem dziennym, sypialnią i waszym pokojem w jednym, nie jest tak przytulnie jak w kuchni, więc nie czujecie się w nim dobrze. Gadacie o tym, co przydarzyło się każdemu z was, a zza drzwi dochodzą urywane zdania. Spokojna z początku rozmowa przeobraża się w wymianę zdań podniesionym głosem:

„Skąd ja mam na to wszystko brać? Mnie już i tak nie ma w domu od rana do wieczora! Najlepiej jak jeszcze weźmiemy po trzecim etacie!”

Patrzycie na siebie i podświadomie czujecie się winni frustracji rodziców.

Myślisz sobie, że gdyby NAS nie było, pewnie nie byliby tacy. Sięgasz po gazetę, mając nadzieję, że może w telewizji będzie jakiś film, który rozładuje sytuację. Pozwoli im i wam zapomnieć o szarej rzeczywistości. Dziś o 20.30 jedynym filmem w jedynym programie TV jest dramat obyczajowy produkcji czechosłowackiej. Rezygnujesz więc z tego pomysłu i wraz z rodzeństwem przygotowujesz sześć łóżek – po jednym dla rodziców i cztery dla ich dzieci. Dziś nie jest sobota, więc nikt nie będzie się kąpał. Fajnie, nie trzeba będzie długo czekać na łazienkę. W kuchni już trochę „ostygło” więc przez uchylone drzwi mówisz „dobranoc”. Rzucasz przy tym wzrokiem na oboje. Każdy wygląda na przegranego, bo przecież nie może być wygranych. „Dobranoc, tylko spać a nie gadać” – słyszysz zamykając drzwi.

Kładziesz się w swoim łóżku i w swojej pościeli. Przynajmniej coś w tym domu jest TYLKO twoje. Po raz kolejny powtarzasz sobie, że w twoim domu tak nie będzie. Zaraz potem, uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia jak tego dokonać i jakim cudem, to co sobie postanowiłeś i wymarzyłeś miałoby się spełnić. Zasypiasz z tą myślą i z wątpliwościami, że ocena ze sprawdzianu z chemii może nie być zadowalająca…

Budzisz się wcześniej niż zwykle. Dopiero zaczęło świtać. Nie dzielisz pokoju z rodzicami, siostrami i bratem. Ten pokój, to twoja sypialnia, a obok śpi kobieta, którą kochasz. Wstajesz zabierając po drodze telefon. Na jego wyświetlaczu jest 15 kwietnia 2019 roku. Idąc do łazienki zerkasz w lustro i trochę się krzywisz, bo nie ma w nim młodego chłopaka z tamtych lat, tylko dojrzały facet.

 Uśmiechasz się jednak, bo tamte „dobre czasy” na szczęście minęły…

Świr.

7
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
BoloSwirJuzia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
cyc
Gość
cyc

Jak to można porównywać ?

Juzia
Gość
Juzia

Trochę to
smutne, ale niestety prawdziwe…

Bolo
Gość
Bolo

Opisujesz jakąś patologie, u mnie rodzice pracowali po 8 godzin i jakoś na wszystko wystarczało, a byli normalnymi fizycznymi robotnikami nie byłem synem dyrektora. Poza mocno ograniczonym dostępem do towarów reszta nie była taka zła, na pewno stosunki międzyludzkie były o niebo lepsze, zawsze mogłeś liczyć na pomoc sąsiadów. Zarobki nie były wysokie ale ojciec “załatwił” czyli normalnie jak każdy wyniósł z pracy cement dla sąsiada a żona sąsiada z magazynów gs załatwiła rower, trzeba było napędzić bimbru by załatwić rozrusznik do syreny. I jakoś się to kręciło, tylko ludzie odizolowani mieli źle. Niby była taka bieda a teraz to… Czytaj więcej »